O autorze
Posłanka na Sejm RP z ramienia Platformy Obywatelskiej, wieloletnia mecenaska i animatorka kultury, założycielka Fundacji Promocja Talentu, która wspierała polskich artystów, m.in. Stanisława Drzewieckiego. Członkini Rady Programowej Kongresu Kobiet. Fanka Norwida i piłki nożnej.

Budżet partycypacyjny to nie tylko chodniki i ścieżki rowerowe

Raport Instytutu Obywatelskiego
Raport Instytutu Obywatelskiego prywatne
Dzisiaj w Warszawie upływa termin składania obywatelskich wniosków do najnowszej edycji budżetu obywatelskiego. To prawdziwe święto demokracji – i dla obywateli, i dla rządzących. Do tych ostatnich powoli dociera bowiem, że o potrzebach lokalnych najlepiej wiedzą ci, którzy z nich korzystają. Czyli mieszkańcy – dzielnic, miast i gmin. Z drugiej strony, jesteśmy już kilka dobrych lat po wprowadzeniu pierwszego BO w Sopocie. Możemy więc spojrzeć na nasz polski „model partycypacji” trochę z dystansu i ocenić jego efekty.

I tak jak zapał mieszkańców do współtworzenia lokalnej polityki jest wart pochwały, moją troskę budzi coś innego – niewielki odsetek projektów kulturalnych, które przebijają się przez zgłoszeniowe sito.

Jak myślę, istnieją ku temu dwa powody.

Pierwszy, to fakt, że nie ma jednej, konkretnej regulacji dotyczącej budżetów obywatelskich (nazywanych też partycypacyjnymi). Dlatego miasta i miasteczka w różny sposób decydują się dzielić pulę pieniędzy.

Na przykład w mieście Piła, jak w raporcie Instytutu Obywatelskiego „Budżet partycypacyjny. Ewaluacja” pisze Wojciech Kębłowski, projekty „miękkie”, czyli także kulturalne, nie zostały w zeszłorocznym budżecie obywatelskim w ogóle dopuszczone do głosowania. Możliwe było zgłaszanie jedynie projektów „odnowienia chodników, ścieżek rowerowych, terenów w pasie drogowym i likwidacji barier architektonicznych”. W tym roku na budżet obywatelski w tym mieście przeznaczono 3 miliony złotych. Maksymalna wartość pojedynczej inwestycji nie może przekroczyć 300 tys. zł. Znów brak jest projektów związanych z kulturą.

Z kolei w Gorzowie Wielkopolskim w ubiegłym roku z pięciu inwestycji, które wygrały głosowanie (ich szacunkowy koszt to ok. 1,2 mln zł), niemal wszystkie stanowiły inwestycje dotyczące placówek oświatowych – szkół i przedszkoli. Wyjątkiem była modernizacja chodników i jednego z parkingów. Trudno się dziwić, że tak się stało, skoro projekty budżetu arbitralnie podzielono na grupy: „place zabaw”, „chodniki” i „inne”.

Nawet w miastach większych, gdzie ceni się kulturę, często spada ona na sam dół listy priorytetów. Ważniejsze stają się doraźne remonty i ulepszenia infrastrukturalne.
Na przykład w skądinąd świetnie ocenianym przez ekspertów budżecie obywatelskim w Łodzi, rok temu do wydania było 40 mln. złotych, z czego tylko 622 200 zł (czyli zaledwie 1,5%) zostało przeznaczonych na projekty kulturalne.

I tu dochodzimy do drugiego powodu. „Winne” marginalizacji kultury w miejskich projektach obywatelskich są nie tylko władze. Dlaczego? Bo mieszkańcy też nie głosują na kulturę. W Łodzi na 752 projektów głosowało w sumie prawie 175 tys. osób. Na projekty kulturalne oddało swój głos tylko 7003 osoby (czyli 4%).

Może więc jednym z pomysłów na zwiększenie „obywatelskości” kultury oraz ulepszenie „kulturalności” budżetów partycypacyjnych, byłoby wpisanie zapisu chroniącego projekty miękkie (kulturalne) do uchwał miast i gmin? Innymi słowy, arbitralny przydział środków na kulturę w ramach BO.

Co o tym myślicie?

*Ewa Czeszejko-Sochacka – Posłanka na Sejm RP z ramienia Platformy Obywatelskiej, wieloletnia mecenaska i animatorka kultury, założycielka Fundacji Promocja Talentu, która wspierała polskich artystów, m.in. Stanisława Drzewieckiego. Członkini Rady Programowej Kongresu Kobiet.
Trwa ładowanie komentarzy...